niedziela, 26 kwietnia 2015

Rozdział 9

Słyszę ciche pukanie. Myślę, że to tylko wiatr i przewracam się na drugi bok nakrywając się szczelniej starą, różową kołdrą.
Potem pukanie staje się bardziej natarczywe. Serce zaczyna mi walić tak, że mam wrażenie że jego echo roznosi się po całym pokoju. Delikatnie odkrywam ręką kołdrę i za szybą dostrzegam ciemną postać. Z mojego gardła odruchowo wydobywa się głośny krzyk. Zoe wpada do mojego pokoju z kijem od miotły w ręku i szarżując z nim w stronę okna zapala światło. I wtedy widzę, że postać za oknem to Ryan. Staram się pozbyć z umysłu myśli, że cieszę się, że tu jest. Moje myśli co do niego są tak durne, ale gdyby ktoś mógłby mi je wymazać...raczaj nie chciałabym żeby tak się stało. W końcu są kierowane do osoby, która sprawiła, że chociaż na krótką chwilę poczułam się szczęśliwa. Przez krótką wycieczkę z nim na rolki, przez opowiedzenie mi o tacie, przez jedną gałkę loda waniliowego. I nawet ten porypany pomysł ze skokiem do wody. On też w pewnym niezrozumiałym sensie sprawił mi radość i...i dzięki tym wszystkim rzeczom pomyślałam, że moje życie nie jest tak strasznie do dupy ? Czy to ma sens ?
Teraz Ryan stoi za oknem śmiejąc się z bojowej postawy Zoe.
- Może mnie wpuścisz ? - pyta wskazując na klamkę.
- A może nie ? - odpowiadam oddychając ciężko i siadając na materacu.
- No dobra to w takim razie pześpię się na balkonie- mówi siadając na betonie- a przypominam ci że mamy zimę.
Mimowolnie się uśmiecham i rozkopując kołdrę zeskakuję na podłogę.
- Idź spać- mowię do Zoe zabierając od niej kij.
- Bo ?- pyta kładąc ręce na biodrach.
- Bo nie chcę żebyś nam przeszkadzała- mowię pchając ją do drzwi. Staje za progiem i marszczy brwi.
- Pomyślmy- mówi- chcesz zamknąć się sama w pokoju z jakimś chłopakiem...- zatrzaskuję jej drzwi przed nosem nie pozwalając skończyć.
- Tylko nie kochajcie się zbyt głośno! - krzyczy zza ściany.
- Zamknij się skrzacie- warczę ze śmiechem i podchodzę do okna. Chłopak wskakuje do środka uderzając o drewnianą podłogę podniszczonymi trampkami. Uśmiecha się półgębkiem i delikatnie przygryzając wargę przejeżdża mnie wzrokiem od góry do dołu.
- No co ? - pytam uśmiechając się delikatnie, bo przecież doskonale wiem o co mu chodzi.
Odchrząkuje i rozwala się na czerwonym fotelu stojącym w rogu pokoju który pod jego ciężarem głośno skrzypi.
- No cóż...- zaczyna przelykajac ślinę- tw...twoje nogi...one...- jąka się, a ja zaczynam sie głośno śmiać i siadam na łóżku.
- Kontynuuj- zachęcam go.
- Gołe wyglądają jeszcze lepiej.
Prycham i kładę się na zmemłanej pościeli. Przez chwilę między nami panuje cisza do tego stopnia, że słyszę tykanie budzika, który nagle łaskawie zaczął działać.
- Więc...
- Chciałem...- zaczynamy w tym samym czasie.
Siadam po turecku kładąc ręce na stopach i odruchowo próbując odrzucić włosy do tyłu, ale napotykam tylko powietrze.
- Ty pierwszy- odzywam się w końcu.
- Chciałem cię przeprosić za to...wiesz...to było głupie i teraz...
- Nie ma za co- przerywam mu delikatnie kręcąc głową.
- Serio ?- pyta unosząc brwi.
- Bardzo serio. Nic się nie stało. I...żyjemy no nie ?
Znowu chwila ciszy. Teraz odzywa się Ryan:
- Swoją drogą, strasznie głośno krzyczysz- mówi teatralnie pocierając ucho. Sięgam za sobie i ciskam w niego poduszką. Unosi ręce do góry ukazując uśmiech, który tak bardzo mi się podoba.
Patrzymy się na siebie przez chwilę.
- To ja już się będę zbierać- mówi Ryan wstając i poprawiając kurtkę.Kieruje się w stronę okna.
- Ryan?- mruży oko i patrzy na mnie podejrzliwie- może wyjdziesz przez drzwi ? Jak normalny człowiek ?
- Tak...jasne- mówi, a w jego głosie słyszę coś co brzmi jak..rozczarowanie ?
Naciska na klamkę a ja nie mogę sie ruszyć. Jakby jakaś siła kazała mi stać w tym miejscu i poruszać ustami. Tylko co miało się w nich pojawić ? Drzwi się pomału zamykają a ja jak pchana przed uczucie, którego nie potrafię nazwać wyrzucam z siebie ciche:
- Dlaczego ja ?
 Drzawi uchylają sie delikatnie.
- Dlaczego akurat ze mną spędziłeś ten dzień ? Dlaczego nie pozwoliłeś mi upaść w szkole? - kolejne pytania wyrzucam z siebie z prędkością karabinu maszynowego- dlaczego nie śmiejesz się ze mnie jak inni ? Dlaczego...- przerywam bo boję się że zacznę płakać- Dlaczego w ogóle mnie zauważyłeś ?
Ryan wzdycha ciężko i opiera się o ścianę. Gdy podnosi rękę żeby przeczesać nią włosy widzę, że się mu trzęsie.
- Miałem kiedyś przyjaciela. Miał na imię Dille. Pewnego dnia n jego 16- ste urodziny przyszedłem do niego do domu. Ale go nie było. Była tylko biała koperta z napisem PRZEPRASZAM. Nie zastanawiałem się długo i wybiegłem na miasto go poszukać. Wiedziałem co może zrobić. Ale też wiedziałem gdzie poszedł. Do warsztatu. Pracowaliśmy tam razem- spłata palce i bierze głęboki wdech- jak go znalazłem był już martwy. Zaćpał się. A ja mu nie pomogłem. Dopuściłem do tego mimo to, że się przyjaźniliśmy. Powinienem był wyczuć że coś jest nie tak. A nie potrafiłem. Potem sam wpadłem w depresję z jego powodu. Nie chciałem chodzić na terapię bo stwierdziłem że psychiatrzy to debile i mi nie pomogą. Byłem na prawdę na skraju. Miałem myśli samobójcze. Dopiero moja siostra mnie z tego wyciągnęła. Porządnie na mnie nawrzeszczała. Dała mi pozytywnego kopa, żeby wziąć się w garść i uświadomiła mi że nie jestem sam- podchodzi bliżej mnie i spogląda mi prosto w oczy- i dlatego gdy zobaczyłem ciebie w szkole, potem na moście nie chciałem żeby taka dziewczyna jak ty była w tym gównie sama. Bo wiedziałem aż za dobrze jak się czujesz. I poczułem że nie mogę dopuścić do tego żebyś doszła na skraj. A szczególnie żebyś ten skraj przekroczyła. Rozumiesz ?
Kiwam głową i zdaję sobie spawę z tego że wstrzymuję oddech a Ryan ściska moje dłonie. Dzieli nas bardzo nie wielka odległość.
- Dziękuję- szepczę. Chłopak podnosi dwoma palcami moją głowę tak żebym widziała jego oczy i nawet nie zauważam kiedy a nasze usta się łączą na początku delikatnie a potem bardziej natarczywie tak, że lądujemy na łóżku. Ryan zrzuca z siebie kurtkę, potem koszulkę a ja ledwo oddycham kładąc rękę na jego umięśnionym torsie. Potem zdejmuje spodnie a ja zrzucam z siebie koszulę nocną. Leżymy teraz prawie nadzy przewalając się na łóżku. Chłopak zaczyna zdejmować mi majtki...
- Czekaj- mowię a on zatrzymuje się nade mną.
- Coś nie tak ?- pyta.
- Nie wszysko w porządku tylko...nie będę się z tobą kochać.
Opada na poduszkę obok mnie.
- A to dlaczego ?
- Bo chcę na coś poczekać.
- Na co ?
- Nie wiem dokładnie- leżymy stykające się ramionami i głośno oddychając- powiem ci jak to dostanę. Z resztą...seks jest najprostszą rzeczą jaką mogą zrobić ludzie którzy chcą okazać sobie jakieś uczucie.
- Okay.
- Okay ? - podpieram się na łokciu- nie masz nic przeciwko ?
- Nie. Mogę poczekać- mówi i całuje mnie delikatnie.
- Dziękuję- szepczę wtulając się w niego.
Przyciąga mnie bliżej i obejmując mnie ramieniem całeję mnie w czubek głowy.
- Nie ma za co.
.....................................................................
Hey kochani <3 ostatnio miałam mało czasu i troche zaniedbałam komentowanie innych blogów. Nie gniewajacie się na mnie. Nadrobię zaległości, obiecuję :* a co do rozdziału to przepraszam za błędy poprawię jutro :-) - rozdział jak zwykle napisany nocą na telefonie...ale mam nadzieję że się podoba ;-)

sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział 8

Wychylam głowę nad powierzchnię wody i panicznie staram się nabrać powietrza. Za sobą słyszę śmiech. Podpływam w stronę chłopaka
- Nie podziękujesz mi ?- pyta.
- Za co kurna ? Że o mało nas nie zabiłeś ?- mówię płynąc w stronę brzegu.
- Nie. Nie myślałaś o swoich problemach drąc się w nieboglosy, co ?
Nie odpowiadam tylko podciągam się na murek i idę przed siebie nierównym chodnikiem otulając się rękami. Nie wiem czy kiedyś w swoim życiu aż tak bardzo miałam ochoty kopnąć jakiegoś faceta w jaja.
- Ej, Les- woła Ryan biegnąc w moją stronę- ej, serio- mówi przygrywając śmiechem.
- Nie uważam tego za coś śmiesznego- mowię zaciskając zęby trochę z zimna, trochę ze złości. Potykam się o jakiś kamień i zdaję sobie sprawę, że jestem w samych skarpetkach. Przemokniętych skarpetkach. Jeszcze się na niego nie rzucę. Dam radę. Powtarzam jak jakąś durną mantrę nie oglądając się za siebie.
- Ubierz się !- wola chłopak rzucając we mnie swoją kurtką.
- Wsadź sobie w dupę tą kurtkę- warczę.
Staję przy drodze i próbuję złapać taksówkę. Siadam na zniszczonym siedzeniu z tyłu i podciągam kolana pod brodę. Słyszę jak dzwi koło mnie się otwierają i Ryan opada na fotel przy drzwiach.  Za blisko mnie. Zdecydowanie. Nie mam zamiaru się do niego odzywać.
- Powiesz coś ?- zaczyna.
- Spieprzaj.
Obraca się opierając rękę o mój zagłówek. Marszczy brwi.
- To nie było miłe.
Obracam głowę w jego stronę. Dzieli na jakieś dziesięć centymetrów. Na tyle mało żebym poczuła na twarzy jego ciepły oddech. Przez krótką chwilę mam ochotę rzucić się na to jego idealnie wyrzeźbione ciało i zacząć całować. Bardzo krótką chwilę. Potem przestaję patrzyć się jego przenikliwe, siwe oczy i gwałtownie obracam głowę. Nie wiem jak w ogóle mogłam o czymś takim pomyśleć.
- Nie miało być- odpowiadam szorstko i wysiadam pod moim domem wręczając kierowcy 12 dolarów. Wyjmuję zapasowy klucz z krzaku przy schodach i szarpię stare drzwi.
- Les, daj mi się wytłumaczyć, proszę cię!
Nie słucham go już tylko zaczynam zdejmować przemęczone ciuchy w przedpokoju.
- Otwórz dzwi, Leslie. Proszę- już się nie śmieje. W jego głosie słychać nutkę szczerego błagania. Może jestem wredna ale uśmiecham się pod nosem wiedząc że serio chciałby zacząć się tłumaczyć. Zakładam na siebie szlafrok i wycierający włosy starym podziurawionym ręcznikiem.
- Jedz. To rozkaz- mówi Zoe podkładając mi pod nos ciasteczka. Uśmiecham się do niej i zaczynam je jeść. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy z tego jak byłam głodna.
Zaczyna się ściemniać a ja po godzinie dennej komedii w telewizji zaczynam przysypiać i idę do łóżka żeby nie zasnąć na starej, niewygodnej kanapie.
Kulę się na łóżku i patrząc na kiedyś białego misia z urwanym już uchem zaczynam sobie przypominać cudowne chwile w moim życiu.
11 lat wcześniej...
- Całkiem niedawno temu na wysokim zielonym wzgórzu stał  piękny zamek...
- Może być różowy ?
- Jasne córciu- mamusia uśmiecha się miło a ja zaczynam bawić się puklem jej jasnych włosów-więc stał piękny, różowy zamek w którym mieszkała prześliczna księżniczka o imieniu Leslie. Miała mnóstwo przyjaciół...
- Mamusiu ?
- Słucham kochanie.
- A miała tatusia ?
- Nie, kochanie nie miała. Ale miała mamusię, która kochała ją najbardziej na świecie i poświęciłaby wszystko co ma dla niej. Ale przede wszystkim nigdy w życiu by jej nie opuściła.
Łapię Puszka za białą pluszową łapkę i słucham historii dalej.

Ocieram łzy z policzka wiedząc, że teraz za takie słowa usłyszane z ust osoby która naprawdę mnie kocha oddałabym wszystko.


.......................................
Tym razem znowu pobiłem rekord w późnym oddawaniu rozdziałów ;-) 1:30. Dziękuję dziewczynkom z mojej stronki na fb za wsparcie, mojej marzyczonej, menszowi, i wszystkim którzy komentują. Wszyscy i każdy z osobna jesteście dla mnie monstrualną motywacją <3



niedziela, 29 marca 2015

Rozdział 7

Wyjeżdżamy z placu zabaw i zapuszczamy się w głąb miasta, gdzie ulice są coraz równiejsze a drogi bardziej zadbane.
Nagle czuję uderzenie gorąca i obraz mi się zamazuje. Klnąc pod nosem opieram się o pierwsze lepsze drzewo walcząc z narastającymi nudnościami.
Ryan podjeżdża do mnie i podtrzymuje mnie za łokieć.
- Wszystko dobrze ?Przepraszam może nie powinienem...
- Nie, wszystko okay. Po prostu nie mam kondycji.
Chłopak mrurzy przez chwile swoje stalowe oczy. I podaje mi swoją butelkę z wodą. Upijam większy łyk i silę się na uśmiech.
- Kiedyś dużo ćwiczyłam to jakoś dawałam radę na w-fie i w ogóle, a teraz jestem zmęczona po wejściu na 1 piętro.
Ryan patrzy się na mnie chwilę.
- Wiesz, że to widać ?
- Co ?
- To, że kiedyś ćwiczyłaś. Masz dobrze zbudowane nogi.
Parskam śmiechem.
- Czy ty właśnie przyznałeś się, że gapiłeś się na moje nogi ?
Chłopak uśmiecha się półgębkiem i krzyżując nogi opiera się o barierkę na przeciwko mnie.
- Bardziej zawiesiłem chwilowo oko.
- Uhm, jasne- mówię odpychając się od drzewa i ruszając chodnikiem dalej w stronę centrum.
- Masz jakieś wątpliwości ?- krzyczy zza moich pleców Ryan. Domyślam się, że celowo mnie nie wyprzedza.
- Gdzie teraz kierowniku ?- pytam zatrzymując się przed pasami.
- Lubisz lody ?- staje koło mnie i przejeżdża ręką po zarośniętej brodzie. Uśmiecham się mimowolnie.
- Sprecyzuj to proszę- mowię pomału zjeżdżając z krawężnika.
- Waniliowe, czekoladowe...
- Dobra. Może być. Ale teraz ty prowadzisz. Nie możesz się wiecznie gapić na moją dupę.
- Ale szkoda.


- Czyli mamy podobne perspektywy na przyszłość. Odebrać dowód i iść do pracy.
- Ale ty może skończysz szkołę średnią. A ja ? Nie mam na to żadnych szans- mówi skubiąc farbę z zielonej ławki.
- Przestań pierdzielić- przerywam mu kończąc jeść wafelek od loda truskawkowego- może skończę tą durną szkółę, ale...z jakim wynikiem ? I tak mnie nie przyjmą na żadne dobre studia. Nawet nie rozważą mojego podania.
- Dlaczego ? To ma jakiś związek z...- przerywa jakby żałował że w ogóle zaczął mówić.
- Dokończ - ponaglał przeczesując ręką włosy.
- Ludzie dużo gadają...- patrzy mi w oczy- ile jest w tym prawdy Leslie ?
Chrząkam cicho dłubiąc bransoletkę na nadgarstku.
- Zależy ile wiesz- mowię odwzajemniając jego spojrzenie.
Nie odzywa się dłuższą chwilę.
Przymyka oczy i zaczyna cicho, prawie szeptem:
- Wiem o prostytucji, narkotykach...
- Nie złych masz informatorów- przerywam mu, bo boję się, że następna bedzie wzmianka o ciąży, a ja nie będę potrafiła skłamać.
- Bywa- uśmiecha się zaciskając usta i zawiesza się na chwilę- czyli to prawda ?
- To że byłam dziwką, tak. Ale narkotyków nogdy nie brałam ani nimi nie handlowałam.
- Dobra.
- Dobra- przedrzeźnianiam go.
- Fajnie to usłyszeć od ciebie.
- Dzięki.
Siedzimy przez chwilę w niezręcznej ciszy.
- Mogę teraz ja o coś spytać ?- przerywam milczenie.
- Wal.
- Kto to Payton ? I dlaczego miałaby się wkurzyć, że wyciągnąłeś te rolki ?
- A co zazdrosna jesteś ?
Prycham.
- Jasne.
- Payton to moja starsza siostra- wydusza z siebie jakby każde słowo sprawiało mu ogromny ból- może się wkurzyć o te rolki bo dostaliśmy je w tamtym roku od taty, a ona nie lubi jak rusza się coś czego się w życiu tknął.
- Gdzie jest twój tata?
- Nie żyje- mówi wyciągając papierosa i podpalając go czerwoną starą zapalniczką.
- Palisz?- pytam.
- Nie. Rzuciłem.
Podchodzę do niego i wyrywam mu szluga z ręki zaciągając się dymem.
Śmieje się pod nosem.
- A ty palisz ?
- Coś ty. Rzuciłam- wypalam do końca papierosa, kiedy znowu zaczynamy jechać.
- Przykro mi- mowię.
Chłopak obraca się do mnie marszcząc brwi.
- Z powody taty.
Obraca się z powrotem i troche przyspiesza.
- Serio ? A mi nie. Nie to że go nie kochałem, bo oddał bym wszystko za sekundę więcej spędzoną z nim, ale jestem na niego wkurzony, że zrobił to na własne życzenie narażając w dodatku całą rodzinę- parska nieszczerym śmiechem- a wszystko przez jedną paczkę narkotyków.
Nie wiem co mam mowić. Słowa chyba nie są tu potrzebne.
Wjeżdżamy na zapuszczony stary most pokryty grafiti z poprzyklejanymi na około tabliczkami ,, GROZI ZAWALENIEM. WSTĘP WZBRONIONY.
Ryan zatrzymuje się po środku. I zaczyna zdejmować kurtkę.
- Co ty wyprawiasz ? - krzyczę na tyle zeby przekrzyczeć szum wody.
- Jedynym sposobem na zapomnienie o życiu jest myślenie o tym czy zaraz się nie skończy.
- Jaśniej proszę.
- Skaczesz czy nie?
- Nie wzięłeś rano leków czy przed wyjściem się czegoś naćpałeś ?
- To i to- odpowiada zdejmując rolki i rzucając na nie kurtkę.
On chyba serio nie żartuje.
- Wyszłam gdzieś z psychopatą. Wymarzone popołudnie.
Ryan zdaje się tego nie słyszeć i wchodzi na skraj mostu. Ogląda się na mnie.
- Masz trzy sekundy na decyzję.
- Wal się.
- Raz.
Nie ruszam się z miejsca.
- Ale wiesz że ja i tak skoczę.
- A skacz se samobójco.
- Dwa.
- Trzy.
Ale wcale nie skacze tylko podbiega do mnie przerzucajac mnie sobie przez ramię i rozpina mi zapięcia od rolek. Kopię go i krzyczę, ale on mówi tylko przez śmiech:
- To był wybór między skaczesz sama a skaczesz z moją nie wielką pomocą.
- Ty dupku ! Ty cholerny psychopato ! Ty...
Nie kończę bo już lecę w dół i zapadam się w zimną, czarną odchłań.

....................................................................................................................
Ta da ! Jutro poprawię błędy ;-) jest juz poniedziałek ! Za 5 godzin wstaję do szkoły ! Ale rozdział napisać musiałam :-*
Czekam na wasze opinie <3







niedziela, 22 marca 2015

Rozdział 6

- Poczekaj !- krzyczę w biegu zakładając kurtkę.
Nie obraca się, tylko wkłada ręce do kieszeni ubrudzinych smarem dżinsów. Dopadam do niego od tyłu.
Uśmiecha się pod nosem.
- Gdzie idziemy ?- pytam.
- Najpierw po jakiś środek transportu.
Skręcamy w zapuszczone dzielnicę za moim domem. Nigdy sie tu nie zapusczalam. Zatrzymuje sie przy zakręcie.
- Nie bój sie. Jestes ze mną. Nic ci sie nie stanie.
Czy ja wlasnie chce mu zaufać ? Nie rób tego nie rób tego, podpowiada mi umysł. Chyba wlasnie oszalałam
- Okay-wykrztuszam.
Chłopak podnosi zardzewiałą klapę w jednej ze starych kamienic. Pomieszczenie jest dość obszerne. Po środku stoją samochody a po bokach na zardzewiałych półkach, które wyglądają jakby zaraz miały się zawalić leżą narzędzia. Warsztat. Jasne.
Wpuszcza mnie do środka i zamyka klapę z powrotem.
- To ja Bern !- krzyczy podchodząc do jakiejś starej szafy i czegoś w niej szukając.
Po chwili wyciąga karton a z niego dwie pary rolek.
Jedne daje mi.
- Ja nie umiem jeździć- mowię.
- To się na uczysz mówi władajac rolki- no dawaj- pogania mnie- nie chce cie zabić.
- Serio ?- rzucam ironicznie.
Czy ja musze być tak uległa ?
Warczę cicho i twardo siadam na podłodze. Zaczynam wkładać fioletowe zniszczone rolki.
W tej chwili do pomieszczenia wchodzi siwowlosy mężczyzna, dobrze zbudowany jak na swój wiek i wycierający ręce starą szmatą.
- Hej Ryan- mówi i patrzy na mnie, ale chwilę później zdaje się już mnie nie zauważać - Payton nie wkurzy sie że je wyciągnąłeś? - wskazuje na rolki.
- Nie- odpowiada siwooki chłopak i zaciska usta- nie ma na co się wkurzać. Czasu się nie cofnie. Tyle.
- Spales coś dzisiaj ? - pyta mężczyzna- nie wyglądasz najlepiej.
- Dzięki Bern. Ty to potrafisz człowieka zmotywować.
Mężczyzna uśmiecha się szeroko i zaczyna coś gmerać przy jednym z pojazdów.
Zapinam ostatnie zapięcie i próbuje sie  podnieść. Na początku mi sie udaje ale potem ląduję twardo  na betonie. Klne pod nosem o rzucam wściekłe spojrzenie rozbawionemu Ryanowi.
- To nie jest śmieszne-warczą pocierając ręką obolałe miejsce na pupie.
- Ależ jest. Żałuj, że noe widziałaś swojej miny- mówi chłopak i podaje mi rękę.
Patrzę wściekłe na jego nieeoholoną twarz, ale przyjmuję pomoc. Podnosi mnie jakbym nic nie ważyła i chwyta mnie za łokieć żebym znowu się nie przewróciła. Potem przenosi swoją dłoń na moje plecy i pcha mnie do wyjścia. Gdybym nie miała ciemnej karnacji byłabym teraz pewnie czerwona jak burak. Nigdy się tak nie czułam jak dotykał mnie jakiś facet...ale chwila! Stop! Chyba na serio zaczynam świrować.
- Wszystko okay? - pyta Ryan marszcząc brwi- źle się czujesz?
O tak. Czuję się jakbym była na haju.
- Nie nie. Wszystko dobrze- mówię, a chłopak zamyka za mną klapę warsztatu.
- Przepraszam za te rolki, ale nie mam samochodu, a tam gdzie jedziemy jest trochę daleko i...
- Nie ma sprawy- przerywam mu kręcąc głową.
- Okay- podjeżdża do mnie od tyłu i kładzie ręce na moich biodrach.
Przechodzą mnie ciarki. Jak ja się zachowuję.
- Cała sztuka polega na tym żeby być lekko pochylonym do przodu- kontynuuje, a ja czuje jego ciepły oddech z tylu mojej głowy- żeby się nie obić. A jeździsz tak jak chodzisz po lodzie- pousuwa moje nogi delikatnie do przodu. W końcu rozluźniam się trochę a Ryan przejeżdża obok mnie i chwyta mnie za rękę ciągnąc za sobą. Wjeżdżamy na duży płac pełen małych rozweselonych, umorusanych dzieci bawiących się w berka. Ryan zatacza przede mną kółka i śmieje kiedy krzyczę żeby mnie nie pusczał. Pierwszy raz od kilku lat szczerze się śmieję i zapominam o dręczących mnie problemach. Nie wiem jak chłopak którego poznałam zaledwie wczoraj pozwala mi zadać sobie pytanie którego bałam się odkąd mama nas zostawiła. Leslie Linth czy jesteś szczęśliwa ? Tak.
........................................................
Hey Hey kochani :-) przepraszam za błędy ale poprawię je jak będę na komputerze.
Ten rozdział dedykuję:

zuz9 ( kocham cię Zuzu )
Strarstachbookoholic ( ciebie również córcia )
Dark Blood
ponczek54
Aleksandra Grzesik
Fancy Nancy
Black Rose
Avery
Cookie
Mollyss
Daleki W
PoulaVlog
Wioletta Jakubowska
Niepowtarzalna
The Darkness Tempress
Małgorzata Szymańska

Mam nadzieję, że wszystkich wymieniłam :-) jak nie proszę się upominać :-*
Loveczki <3

poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział 5

Siedzę na podłodze w toalecie i uderzam sobie testem ciążowym w udo. Nie zrobię go. Nie ma przecież takiej potrzeby. Nie jestem w ciąży. Na bank.
- Wyjdziesz w końcu stamtąd ?- krzyczy Zoe waląc w dzrzwi- rób ten test i wyłaź. Ja mam potrzeby fizjologiczne.
- To idź się odlej pod krzaczek! Myślisz, że to takie proste?
- Tak. Dokładnie tak myślę.

Wyjmij ten test i go zrób. Raz, raz. Nic prostszego- powtarzam sobie w myślach.
W końcu wyciągam go z opakowania. Teraz gapię się w żółtą ścianę trzymając w ręku test. Błagam jedna kreska, jedna kreska ! Czy o tak wiele proszę? Boję się spojrzeć w dół. Jedna błagam błagam błagam ! Nie wiem jaka siła pcha moją głowę w dół. Dwie. Patrzę jeszcze raz, i jeszcze. Szczypię się w ręce. Nic. Na teście nadal widnieją dwie kreski.
- Cholera, cholera, cholera !- wrzeszczę.
- A nie mówiłam ?- szepcze Zoe przez szparę w drzwiach.
- Oj zamknij się.
Otwieram gwałtownie drzwi od łazienki o mały włos nie uderzając Zoe. Nie przepraszam tylko wbiegam do pokoju zatrzaskując za sobą drzwi. Łzy cisną mi się do oczu. Ale zaciskam wargi żeby je odpędzić.
Nie chcę dla dziecka takiego życia jak moje. Bez ojca. Nie chce żeby mieszkało w niebezpiecznej dzielnicy i musiało nosić przy sobie nóż. Nie chcę tego z całego serca.

Ramiona mi się trzęsą. Ale nie płaczę. Do pokoju wchodzi Zoe.
- Nie ma się co załamywać- mówi- poradzisz sobie. Stało się i się nie odstanie.
- Wiem- milczymy przez chwilę a siostra kręci się w tą i z powrotem.
- A jak ukryję to w szkole ? - pytam w końcu.
- Testy piszesz pod koniec kwietnia- mówi sięgając koło mnie- potem juz nie musisz tam chodzić- przerywa na chwilę- może do tego czasu brzuch ci tak bardzo nie urośnie.
- Może...
Siedzimy tak chwilę a ja walczę ze łzami. Jestem wściekła na siebie za to co zrobiłam.
Muszę przestać o tym myśleć. Jakby tego w ogole nie było.
- Zoe ? Chcesz upiec ciasto ?- wypalam.
Siostra patrzy sie na mnie prze chwilę:
- Ty tak na serio ?- pyta.
- Całkowicie.
Widzę jak się szczerze uśmiecha.
- Super- mówi.

Stoimy przy pomarańczowym, obrapanym kuchennym blacie. Ja mieszam nadzienie w starej drewnianej misce, tej samej której używałyśmy z mamą, a Zoe ugniata ciasto. Łyżka utyka mi w karmelu i z całej siły próbuję się jej stamtąd pozbyć. W końcu mi się to udaje, ale przypadkiem trafiam nią prosto w nos siostry. Jęczy cicho i go pociera. A ja śmieję się widząc trochę karmelu na czubku jej nosa.
- Co cię tak śmieszy co ? - pyta nadal masując nos- to bolało.
Przepraszam...ale...przepraszam- mówię z przerwami na wybuchy śmiechu.
- Dureń- mówi rzucając we mnie mąką.
Oddaję jej tym samym i całe w mące wracamy do pracy.
Nagle słyszę dzwonek do drzwi.
- Ja pójdę- mowię do Zoe i wycerając ręce o spodnie ruszam w stronę wejścia.
Przed drzwiami widzę wysokiego bruneta w poszarpanych dżinsach i brudnej, niebieskiej koszuli. Zamurowuje mnie.
- Hey- mówi.
A ja odruchowo zasłaniam swój brzuch. Szybko jednak cofam rękę zdając sobie sprawę z tego, że precież nic nie widać. Udaję tylko że otrzepuję spodnie.
- Skąd- odchrząkuję- skąd masz mój adres ?
- Powiedzmy, że nasza kochana buda nie za bardzo pilnuje dzienników.
- Zakosiłeś dziennik tylko po to żeby sprawdzić gdzie mieszkam ?
- Dokłanie- mówi wkładając ręce do kieszeni- i ten...chciałem spytać jak się czujesz- jąka się.
Czy ktoś się o mnie martwi...?
- Zarąbiście- kłamię- a teraz przykro mi- zaczynam zamykać drzwi- ale muszę pana pożegnać. Było miło.
Zatrzymuje drzwi ręką.
- Poczekaj. Chciałabyś może gdzieś wyjść ?- pocięta ręką kark.
Wywracam oczami.
- Z kim się założyłeś?
- O co ?- wydaje się zmieszany.
- Że się ze mną umówisz.
Śmieje się i kręci głową.
- Nadal nie wiem za kogo ty mnie masz.
- Za człowieka który bez celu mnie prześladuje.
- Nie ma za co - mówi.
Marszczę brwi.
- No wiesz gdyby nie ja to pewnie rozwaliłabyś sobie głowę.
- Ach ty mój bohaterze co ja bym bez ciebie zrobiła- mowię teatralnie.
Uśmiecha sie pod nosem.
- Pasuje ? - pytam.
- Mogłoby być lepiej. Ale ujdzie.
- Super. To teraz żegnam- zatrzaskuję drzwi.
Widzę Zoe stojącą w przedpokoju i oblizującą łyżkę.
- Od zawsze wiedziałam, że jesteś głupia, ale nie wiedziałam że aż tak - mówi- chłopak ewidentnie na ciebie leci.
- I...?
Podchodzi do mnie i wyciera mi buzię rękawem.
- I teraz pójdziesz z nim na ten cholerny spacer czy coś.
 - Ale ja...
- Cicho- przerywa mi- biegnij za nim bo ci zniknie gdzieś za rogiem.
Przez chwilę biję sięz myślami po czym wybiegam na ulicę.
..........……,……,……

Hej hej ! Chciałam wam bardzo podziękować na komentarze na moim blogu. Nawet nie wiecie ile sprawiają mi one przyjemności <3 są rownież wielką motywacją.

I specjalny komunikat dla Cebuli- za ten rozdział wisiss mi twixa :-*





środa, 11 marca 2015

Rozdział 4

Budzi mnie burczenie w brzuchu. Po cichu schodzę na dół i jem płatki z mlekiem. Kończę jeść i nagle robi mi się strasznie niedobrze. Biegnę do łazienki i zwracam mój wcześniejszy posiłek.
- Poranne nudności, co ?- Zoe opiera się o ramę dzwi.
- To od mleka. Za ciężkie jak na śniadanie. Tyle.
- Taa. Wmawiaj sobie.
Przemywam buzie nad zlewem.
- Nie marnuj czasu na bezsensowne gadanie- mowię- jeszcze chwila i się spóźnisz.
Siostra wzdycha ciężko i idzie do pokoju.
Ja przeczesuje ręką moje niedbale ścięte włosy i ubieram na siebie mundurek. Pod oczami widnieją mi duże wory, ale nie zwracam na to uwagi. Odwracam  szybko głowę i wychodzę z łazienki.
Rozchodzimy sięz Zoe na swoje połówki. Ona jest uśmiechnięta. Ja tez sie staram ale raczej z marnym efektem. Kieruje się odrazu pod salę lekcyjną. Nie chce wchodzić do zatłoczonej szatni bo nic dobrego by z tego nie wyniknęło.
Nagle słyszę za sobą głos. Męski głos, który rozpoznaje. I to mnie przeraża. Chcę być jak najdalej od niego. Przyspieszam. On robi to samo zrównując się ze mną.
- Cześć- mówi.
Nie odpowiadam. Myślę, że jak go oleję to się odczepi.
- Cieszę się, że nie skoczyłaś.
Znowu milczę.
Wymija mnie. Teraz odzie tyłem.
- Nie spytasz mnie nawet o imię? To nie kulturalne.
Zaraz mu przywalę.
- Słuchaj- mowię- nie wiem w co ty grasz, ale idź już lepiej rozpowiedz całej szkole, że nie sosć, że jestem dziwką, to jeszcze mam myśli samobójcze. Ucieszą sięz nowych wiadomości.
- Za kogo ty mnie masz, Leslie ?
- Skąd...- nie kończę bo w głowie czuję tępy ból i odpływam.

- Leslie ? Leslie, obudź się!- słyszę głos pielęgniarki i zmuszam się do otwarcia oczu.
- Dzięki Bogu- mówi kobieta, a już myślałam, że będę musiała wzywać karetkę.
Pomału siadam na leżance. Ból głowy jest nie do zniesienia. Pielęgniarka podaje mi kubek wody i tabletkę, a ja zmuszam się do uśmiechu.
- Jadłaś coś rano ?- pyta.
- Tak, ale zwymiotowałam.
- To pewnie grypa żołądkowa. Powinnaś zostać w domu. I może zadzwonić do...- przerywa bo do gabinetu wbiega Zoe i rzuca mi się na szyję.
- Tak się cieszę, że nic ci nie jest- szepcze.
- Zoe, myśle że powinniście skontaktować się z waszą mamą. Leslie nie powinna sama wracać.
- Nie trzeba- odpowiada za mnie siostra- wrócimy razem.
- Ale ja nie mogę ciebie ciągle zwalniać Zoe. Będziesz miała zaległości.
- Proszę mi zaufać. Ostatni raz .
Pielęgniarka w końcu ulega i wypisuje zwolnienia.
Siostra pomaga mi wstać i podtrzymuje pod ramie.
- Prosze pani ? Jak się tu dostałam ?- pytam. Kobieta jest za słaba zeby mnie podnieść.
Uśmiecha się.
- Pewnien uroczy młodzieniec cię przyniósł.
O matko. Ale wiocha. Oglądam swoje ręce, nogi, buzię. Żadnych śladów zadrapań. Mogłam się domyślić. Przeciez stał najbliżej mnie. Cieszę się, że on tam stał. Myślę, że nawet gdybym zemdlała na środku korytarza wsród mnóstwa ludzi i tak nikt by mnie nie złapał. Prędzej zaczęli by mnie kopać.
- To co? - zagaduje Zoe jak wychodzimy ze szkoły- do apteki teraz ?
- Mamy w domu jakieś prochy na ból głowy.
- Nie mowię o lekach przeciwbólowych.
Rzucam jej wściekłe spojrzenie.
- Wbij sobie do głowy...- zaczynam.
- Oj przestań- wywraca oczami- jak jesteś taka tego pewna to co zaszkodzi się upewnić?














piątek, 6 marca 2015

Rozdział 3

Wchodzę do domu. Z kuchni dobiega szum wody. Zoe zawsze zmywa jak się zdenerwuje. Często żartuję sobie, że powinnam ją częściej denerwować, bo ja nienawidzę myć naczyń. Siadam na stole koło okna i skubię orzeszki. Siostra po chwili zakręca wodę i siada koło mnie.
- Fajne włosy- zaczyna.
Uśmiecham się i pocieram ręką prawie goły kark.
- Dzięki.
Siedzimy w ciszy.
- Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam- siostra również zaczyna skubać orzeszki.
- Należało mi się- odpowiadam szczerze.
Zoe energicznie kręci głową.
- Nieprawda. Jesteśmy siostrami. Powinnyśmy się wpierać a nie na siebie wydzierać.
- Kocham cię- mówię i ją przytulam. Cieszę się, że tak łatwo wybacza.
Siostra zeskakuje ze stołu i siada na blacie przede mną.
- Wiesz co ?- pyta- trochę o tym myślałam i nie powinnyśmy były uciekać dzisiaj ze szkoły. Ci wszyscy debile tylko tego oczekują. Że się załamiemy. Musimy im pokazać, że się mylą.
Kiwam głową.
- Tylko nie rozumiem jednej rzeczy- mówię ze łzami w oczach- dlaczego uczepili się akurat mnie ? Przecież w naszej szkole pełno jest dziwek, które na dodatek się tym szczycą. I ich jakoś nikt nie nęka.
- Bo świat jest pełny pieprzonych dupków z pustką w głowie- krzyżuje nogi zwisające jej z blatu- przestałaś to robić. Jesteś najsilniejszą osobą jaką kiedykolwiek znałam- patrzy mi w oczy- i oni też to wiedzą. Zżera ich to, że sami są za słabi na to, żeby z tym skończyć- przeczesuje włosy ręką- grunt to mieć ich w dupie.
Milczy przez chwilę po czy zeskakuje na ziemie. I gapi się na mnie dłuższy czas.
- Co? - pytam w końcu.
- Jesteś pewna, że nie jesteś w ciąży- wyrzuca ze sobą z prędkością karabinu maszynowego tak by wymówić to jak najszybciej. Zastygam z orzeszkiem przy ustach. Wlepiam w nią zaskoczony wzrok.
Naciąga bluzę na dłonie.
- No bo wiesz...- kontynuuje- nie możesz być pewna, że się zabezpieczaliście. Byłaś przecież pijana i...
- Nawet jak ja zapomniałam o tabletkach, w co wątpię, to on na bank nie byłby taki głupi, żeby nie użyć prezerwatywy- przerywam jej.
- Ale nie masz pewności, że nie pękła...
Uciszam ją ruchem ręki.
- Stop! Siostra czego was uczą w tej szkole?
Uśmiecha się.
- Nie muszą tego uczyć. To jest logiczne.
Nie chcę żeby kontynuowała więc zrywam się na nogi, a Zoe wraca do mycia.
Jestem już na schodach gdy dosięga mnie jej głos.
- Les?
- Hmm?
- Mogłabyś oddać mi moją maszynkę ? Nie chcę iść jutro do szkoły z krzakami pod pachami.
 Śmieję się i rzucam w nią maszynką.
- Wypchaj się ! -krzyczę.
Puszcza mi buziaczka i odkręca wodę.